Intro – na początek trochę narzekania
Na liście wykonawców tegorocznej edycji Asymmetry Festival znalazł się jeden zespół który naprawdę chciałem zobaczyć: Sleep. Pozostała część ni to mnie grzała ni ziębiła – dlatego zdecydowałem się wybrać tylko na jeden dzień, wtedy właśnie gdy grał Sleep. Stwierdzam od razu: warto było, mimo paru dość istotnych niedostatków. A zatem, zacznijmy od początku..
A początek do najszczęśliwszych nie należał. Po kilkudniowym upale przyszła długo oczekiwana burza niosąca ochłodę. Pech chciał, że przyszła akurat w momencie kiedy szedłem w kierunku Browaru Mieszczańskiego. Przy wejściu na teren całego wydarzenia dowiedziałem się, że z line-up’u tego dnia zniknęły dwa zespoły: Black Tusk oraz Red Fang. Przyznam szczerze, poznałem ich dopiero przed Asymmetry i nie był to główny powód dla którego się tam wybierałem – jednak wydawały mi się te zespoły dość interesujące, żeby doświadczyć ich koncertowo. Były jednak takie osoby, dla których to była główna atrakcja, i część z nich dowiedziała się dopiero na miejscu o odwołaniu koncertów. Brawa dla organizatorów za to, że nie było na ten temat żadnego ogłoszenia na stronie festiwalu ani w kolejce z biletami ani nigdzie, i uważam że wywieszenie później kartek a4 to trochę za mało. W każdym razie, niemała cena biletu (120 zł) wydaje mi się coraz bardziej wygórowana.
Ok, wchodzę na teren festiwalu. Browar Mieszczański ma to do siebie, że nawet dla kogoś przychodzącego tam 2 lub 3 raz może wydać się dość pogmatwany, przez co by trafić na główną scenę trzeba się nieco pokręcić – znowu zabrakło tutaj przemyślenia, bo wystarczyło wywiesić kilka strzałek (większych niż a4) a problem by zniknął.
Dotarłem do miejsca, które wydaje mi się być główną sceną. Pierwszy w kolejności miał być set akustyczny AmenRa, jednak pokoik stanowiący tzw. “Medium Stage” był tak zapchany że już nie dane mi było się dostać do środka. Ok, w takim razie czas na piwo, a pierwszym koncertem będzie A Storm of Light.
A Storm of Light
Pierwsze dźwięki i od razu UAAAAA!! JAK GŁOŚNO!! TRZESZCZY MI W USZACH!! Naprawdę, nie wiem co o tym myśleć. Poziom głośności był nieziemski, co uwydatniało ciężar tej muzyki. A muzyka była stosunkowo powolna, jednak niepozbawiona ciężaru. Kojarzyła się z destrukcją, zniszczeniem, agonią. ASOL postawili raczej na przygnębiający nastrój, jednak nie stronili od gwałtownego ataku przy użyciu istnej ściany przesterowanych gitar – pysznie. Dodajmy do tego jeszcze naprawdę potężne nagłośnienie i mamy coś, co mnie osobiście nawet się podobało. Ogólnie – naprawdę mocny początek. Tak jakby ktoś chwycił cię od razu za gardło i powiedział: słuchaj tego!
Coilguns
Do następnego koncertu na scenie głównej było trochę czasu, więc można to było wykorzystać idąc na koncert Coilguns na scenie średniej. Wchodząc tam, widzę, że jakoś tak nagle tłok zniknął, i nawet można wejść. Ale co tam się działo..
Coilguns to zespół ze Szwajcarii. Z charakterystyczną dla tego kraju precyzją montujący skomplikowaną muzykę, która jest totalnie bezkompromisowa: ich koncert to była eksplozja czystej agresji, czy to na scenie, czy to pod sceną. Podczas słuchania tej muzyki aż chce się wyłączyć mózg i włączyć pięści – i do tego nadaje się to znakomicie. Szkoda, że widziałem tylko część, bo myślę że gdybym tam był od początku z pewnością wyszedł bym nieżywy (ale zadowolony).
Wraz z końcem gwałtownego scenicznego ataku Coilguns zza ściany dobiegają do mnie znajome dźwięki.. Hm, czy to może być? TAK, TO JEST..
..SLEEP!
I mało tego, to co grają to Dopesmoker! Jest to potężne dzieło, istny monument. Nagranie tego trwającego 50 minut kawałka było nie lada wyczynem: od zamówienia specjalnie stworzonych do tego celu wzmacniaczy za ciężkie pieniądze, po nagranie tak długiego potwora, aż w końcu piętrzące się trudności z wydaniem czegoś tak radykalnego. Jednak warto było, bo w ten sposób powstało coś o tak niespotykanym ciężarze. Dopesmoker to blisko godzina powolnej, lejącej się z głośników magmy i unoszącej się nad nią chmury marihuanowego dymu. Zespół podczas grania jakby zapada w hipnozę wywołaną przez granie ciężkich riffów. I cały koncert był taki: nie tylko obszerna część powyższego magnum opus, ale także pozostałe utwory to wielka, powolna, ciągnąca się przez pustynię karawana. Ciężki, hipnotyczny klimat ich utworów udzielił się z pewnością nie tylko mnie. Ciągle jestem pod wrażeniem, mogłem usłyszeć coś na serio niesamowitego – jakbym dotknął kawałka historii ciężkiej muzyki.
Vladimir Bozar ‘n’ Ze Sheraf Orkestär
Ochłonąłem po Sleep, przewietrzyłem się, odświeżyłem, wypiłem piwo. I czas na kolejny koncert. Według serwisu last.fm “Vladimir Bozar ‘n’ Ze Sheraf Orkestär is a French avant-gardiste, metal and jazz band born from the union of The Children of Incention, a Frank Zappa cover band, and Jean-Paul Trash, a hardcore band with carnival music elements “ I muszę przyznać, że to bardzo trafny opis. Groteskowy ensemble chwytający się niemal każdego możliwego gatunku muzycznego i tworzącego w ten sposób z iście diaboliczną precyzją jakiś szatański teatr rozmaitości. Koncert robiący istną papkę z mózgu (w dość pozytywny sposób). Przyznam, nie widziałem całego koncertu, gdyż w pewnym momencie zmęczenie wzięło górę i wyszedłem, jednak to co widziałem – całkiem nieźle, naprawdę. Zastanawiałem się z której strony uderzą w następnej chwili, co też takiego się stanie, jaki trik jeszcze mają w zanadrzu. A lubię takie rzeczy. Lubię nieprzewidywalność z lekką domieszką szaleństwa – a to właśnie tam zaserwowano. Bardzo w pytkę.
Tytułem podsumowania: artyści – super, organizacja – kiepsko. Wydaje mi się, że w kolejnej edycji festiwalu będzie można wiele poprawić. Mam jeszcze mieszane uczucia odnośnie ceny biletu – to całkiem sporo, a biorąc pod uwagę, że 2 zespoły zostały odwołane, wydaje się że trochę za dużo. W każdym razie – z części koncertowej jestem zadowolony, a to chyba najważniejsze.
